PŁEĆ LADY GAGI

Kilka lat temu na rynku muzycznym pojawiła się nowa postać. „Pojawiła się” znaczy, że stała się „popularna”. Teraz ta postać „umarła”. „Umarła”, znaczy, że przestała być popularna. Nie chcę jednak pisać o „życiu produktu”, ale o płciowej inności tej postaci.

Lady Gaga. Już sama nazwa wyraża coś infantylnego, odmiennego, cyborgicznego. Nazwa nie oddaje jednak w pełni tego, co wizualna kreacja. Najprościej, najkrócej można powiedzieć, że jest to prawdopodobnie pierwszy przypadek, w którym płeć kulturowa została poddana totalnej dekonstrukcji. W studiach kulturowych znane są już analizy teledysków Madonny, w których Kaplan pisała o podważaniu granic tego, co kulturowo zdefiniowane jako męskie lub kobiece[1], zasadniczo temat ten nie stanowi „naukowego tabu”. W przypadku Gagi trudno mówić o granicach między społecznym konstruktem kobiecości i męskości. Trudno nawet mówić o płci rozumianej jako „gender”, dlatego też Horn[2], pisząc o Gadze, zainteresowała się m. in. aspektem performatywności typu „queer” w połączeniu z kampem. Gaga jest bezpłciowym, cyborgicznym, aseksualnym, a właściwie inter-seksualnym tworem, produktem kultury popularnej. Horn uważa, że piosenkarka z jednej strony „straszy”, przeraża, onieśmiela, a z drugiej strony bawi, dostarcza rozrywki. Gaga wpisuje się w nurt „podwójnego mimesis”. Częste zmiany wyglądu, chęć szokowania i wielość (auto)kreacji destabilizują kulturowe pojmowanie kobiecości nie tyle przez odwrócenie ról, ile przez nałożenie kolejnej maski, pozornie oderwanej od „gender”.

Nie chcę tu jednak powtarzać tez Horn i innych badaczy, lecz bliżej przyjrzeć się temu, jak Gaga wpisywała się przez swoją hybrydowość w oczekiwania tego, co nazwane zostało „pokoleniem Milenium”[3]. Do pokolenia Milenium należą osoby urodzone między 1980 a 2000 r. Trudno w jednym wpisie wyrazić dezaprobatę dla tworzenia tak szerokiej i różnorodnej kategorii (zwłaszcza w Polsce) i przedstawić sedno swoich przemyśleń, dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że mówię o oczekiwaniach części tego pokolenia, bo w tym przypadku ważniejsze są cechy tej kategorii, niż ramy czasowe. Popularność tego, co dziwne, zmienne, odmienne, inne wpisuje się we współczesny model codziennego funkcjonowania, codziennych praktyk zwykłych ludzi. Gaga wciąż się zmienia- tak samo jak dominujące informacje, technologie i przestrzeń.

Moim zdaniem Gaga jest „popikoniczną” odpowiedzią części młodych ludzi na proste zaprzeczanie wzorom kobiecości i męskości, które charakteryzowało część poprzedniego pokolenia (czymkolwiek miałoby ono być). Gaga, jako postać popkultury, nie ma płci, więc nie musi być ani podporządkowana wzorcom kulturowym, ani im się przeciwstawiać. Znajduje się ponad tym, co przesiąknięte podziałami na kobiece i męskie. Tożsamość tej gwiazdy konstruowana jest w oparciu o egoistyczną celebrację siebie samej, własnej inności, odróżnienie się od wszystkiego wokół. Gaga, „przeniesiona” na polski rynek, mogła dobrze wyrażać potrzebę subwersywnego odizolowania od opozycji typu kobieta pracująca- wychowująca dzieci i zajmująca się domem, kobieta-mężczyzna, atrakcyjna dla mężczyzn- nieatrakcyjna, kura domowa- feministka i w ten sposób pomagała zerwać symboliczną więź, łączność z ideami „klasycznego” oporu kobiet wobec tego, co męskie.

W tym sensie część pokolenia Milenium, część młodych ludzi buduje, być może, światopoglądowe i codzienno-życiowe novum, trochę hipsterskie, trochę krytyczne, trochę „patrzące z góry” na wszelkie dawne opozycje związane z gender. W tym sensie młodzi- jak Lady Gaga- zakładają „podwójną maskę”, wykorzystują ironię, by z czymś dyskutować. W tym sensie kultura popularna zmienia i podważa całą naszą dotychczasową wiedzę o świecie.


[1] Por. C. Barker, Studia kulturowe. Teoria i praktyka, Kraków 2005, s. 360- 361.

[2] K. Horn, Camping with the Stars: Queer Perfomativity, Pop Intertextuality, and Camp in the Pop Art of Lady Gaga, za: http://copas.uni-regensburg.de/article/view/131/155, data dostępu: 3.06.2013.

PET. GAMONIE!

Studia kulturowe posługują się wieloznaczną kategorią oporu do analizy rzeczywistości. Najogólniej mówiąc opór „polega na wskazaniu pewnych wartości”, jest „kategorią oceny działania”[1]. Opór można zauważyć wszędzie, nawet we własnym bloku. Bliższe przyjrzenie się kartce powieszonej na windzie stało się przyczyną napisania tego krótkiego tekstu.

 

pojemniki PET gamonie

Komunikat SM BLOK wraz z dopisanym komentarzem

 

Komunikat Spółdzielni Mieszkaniowej w sprawie nowych zasad gospodarowania odpadami, w którym zamieszczono informacje o podwyższonych opłatach za  wywóz śmieci niesegregowanych, opatrzony został krótkim, odręcznym komentarzem: „Postawcie pojemniki PET. Gamonie!”. Ot, zwykła informacja, odpowiedź dla Spółdzielni. Dozorczyni, odpowiedzialna za wywieszanie informacji, orzekła, że to „wandalizm zwykły jest, mieszkańcy nie mogą się doczekać, już by wszystko chcieli”.

 

Komentarz ten ma swoje uzasadnienie: Spółdzielnia rozdaje deklaracje o (nie) segregowaniu, ale nie posiada żadnego planu na organizację tego przedsięwzięcia, o którym mieszkańcy wiedzieliby. Mieszkańcom trudno więc zdeklarować się na coś, co jawi im się jako mgliste od strony praktycznej, technicznej. To jest opór i to w podwójnym znaczeniu tego słowa: po pierwsze dlatego, że jest taktyką; po drugie dlatego, że dotyczy pewnych wartości.

 

Ręczny dopisek na komunikacie spółdzielni mówi wiele o relacjach władzy. Mieszkańcy bloku postrzegają Spółdzielnię jako reprezentanta władzy. Spółdzielnia wykorzystuje drzwi windy, by powiesić komunikat, by zaznaczyć przestrzeń, którą „włada” (blok), co może być za M. de Certeau uznane za strategię. Mieszkańcy bloku posługują się podstępem, na kartce władcy tworzą własną przestrzeń, wpisują opinię, ocenę działań; nie zostawiają podpisu, są anonimowi, zupełnie jak kłusownicy (taktyka)[2].

 

Można powiedzieć, że opór ten łączy się z pewnymi wartościami. Mieszkańcy tak naprawdę chcą się podporządkować, chcą segregować śmieci, ale nie mają technicznej możliwości, by tego dokonać. Opór nie dotyczy tylko władzy (wtedy komentarz mógłby brzmieć „płaćcie sami” albo „nikt was nie posłucha”), lecz też- pośrednio- niesegregowania odpadów. Wyrażenie chęci dostosowania się do odgórnych reguł (na poziomie ustawy) nie idzie w parze z chęcią do działań na poziomie lokalnym (Spółdzielnia, brak pojemników PET). W komentarzu widoczna jest implikacja, że Spółdzielnia nie robi nic, by mieszkańcy mieli możliwość segregowania śmieci (a skoro upominają się o pojemniki PET, jest to dla nich ważne, wartościowe).

 

Gdyby tłumaczyć komentarz na części składowe, brzmiałby on tak: „Sprzeciwiamy się temu, że Spółdzielnia, która zarządza blokiem, nie podejmuje żadnych prób umożliwienia mieszkańcom realizacji wartościowej dla nich czynności segregacji śmieci”. Śmiesznie to brzmi, zdecydowanie bardziej zrozumiałe tak dla mieszkańców, jak i dla Spółdzielni jest „Postawcie pojemniki PET. Gamonie!”.


[1] C. Barker, Studia kulturowe. Teoria i praktyka, Kraków 2005, s. 467.

[2] Por. M. de Certeau, Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, Kraków 2008, s. 35-39.

MAPY BARDZIEJ DLA LUDZI

Przestrzeń i sposób jej definiowania interesuje nie tylko geografów i geologów, lecz także badaczy społecznych. Jak na humanistów przystało, mniej interesują się tym, co gdzie jest obiektywnie, namacalnie, jaka ulica jest skrzyżowana z inną i pod jakim kątem, jak to przedstawić na mapie. Obszar, który jest dla badaczy społecznych ciekawszy to indywidualne wizje przestrzeni i obszar tzw. nowej kartografii.

 

Pośród tych osobistych wizji przestrzeni znajdziemy wiele przykładów: mapy wizualne, emocjonalne, mentalne, zmysłowe. Te ostatnie interesują mnie szczególnie, zwłaszcza odkąd z innymi studentkami stworzyłyśmy projekt zaliczeniowy na jeden z przedmiotów zatytułowany „Sensoryczna mapa Poznania”. Podsumowaniem naszej pracy stała się taka oto mapa:

 

                       Źródło: opracowanie na podstawie badań własnych: A. Czechowska, M. Habrych, J. Krzyśko, M. Kubacka, „Sensoryczna mapa Poznania. Zmysły, doznania, porządkowanie rzeczywistości”, Poznań 2012.

 

Mapa, jak widać, bardzo fragmentaryczna, bo badani podczas FGI i wywiadów pogłębionych ograniczyli swoje wrażenia do miejsc zamieszkania, terenów zielonych oraz do tego, co definiowali jako centrum. Centrum z jednej strony było oceniane jako atrakcyjne turystycznie, pełne ludzi, dźwięków, opisane w kolorach czerwonych, żywych, z drugiej strony było ono hałaśliwe, zakorkowane, brudne, zniszczone, z zaniedbanymi ulicami i budynkami (teren wokół Starego Rynku). Parki, jeziora, laski zostały wskazane jako atrakcyjne, spokojne, takie, w których można się zrelaksować. Warto zauważyć, że każdy badany swoje miejsce zamieszkania oceniał wyżej od innych. Mapa Poznania została w tym badaniu zawężona, co dowodzi, że ludzie naprawdę sami definiują przestrzeń/ miejsca.

 

Sam pomysł na takie badania powstał trochę dla żartu, trochę z braku idei na coś „poważniejszego”, trochę z chęci uniknięcia pisania teoretycznych elaboratów. Po wstępnej konceptualizacji dowiedziałyśmy się, że nasz projekt jest całkiem nowatorski (jak na Polskę), że może być ciekawy. I był. Nie były to co prawda odkrycia na miarę Kolumba, ale uświadomiły mi jedno: ludzie patrzą na mapy z atlasu w celach czysto praktycznych, sami zaś posługują się na co dzień mapami prywatnymi, indywidualnymi, swoimi. Ludzie są twórczy, a klasyczne mapy „sprzedają” tylko suche fakty: skręć w lewo, na ulicy X zjesz, na ulicy Y jest hotel, na placu Z zobaczysz pomnik. Wszystko to bez kontekstu.

 

Kiedy rozmawiałam o tym projekcie z osobami niezwiązanymi z obszarem badań społecznych, widziałam uśmieszek, kiwanie głową i zmuszona byłam zmienić temat. Gdy pokazałam wyniki, najpierw widziałam uśmieszek, a potem zaczynała się dyskusja. To z kolei dowodzi, ze mapy sensoryczne są czytelne dla każdego. Muszą tylko zostać stworzone. Z niecierpliwością czekam na moment, w którym w Punktach Informacji Miejskiej będzie można dostać nie tylko mapę geografów, ale też mapę bardziej „ludzką”. To uchroni turystów i mieszkańców przed otwieraniem szyby w samochodzie tuż obok oczyszczalni ścieków, podpowie, żeby omijać budkę z kebabem na Moście Teatralnym, że idąc na Stary Rynek należy wybrać obuwie bez obcasów, żeby nie zakleszczać się w szparach między ładnie wyglądającą kostką. Takie mapy ułatwiają życie: codzienne, zwykłe życie.

 

Tutaj można obejrzeć przykłady tworzenia map sensorycznych:

http://www.sensorymaps.com/maps_cities/newport_smell.html.

Mapy dla Newport, Glasgow, Edynburga, Nowego Jorku.

LAMPA PIĘKNA I UROCZA

Dla socjologa każda codzienna czynność może być inspirująca. Inspirujące może być nawet poszukiwanie lampy. I było. Przeglądając oferty w popularnym serwisie internetowym znalazłam wspaniały przykład przedmiotu, o którym będzie ten artykuł.

Oto lampa. Ta lampa nie jest zwykłą lampą. Jest „piękna, dekoracyjna”, nadaje pomieszczeniom intymny klimat i ożywia je. Idealna lampa dla każdego wygląda tak:

Uczucia do lampy
Lampa, poza cechami wymienionymi w opisie, posiada też inne: jest sztuczna, „filmowa”, niewielka, lecz o dużej sile wyrazu. Posiadanie tej lampy warunkuje nieposiadanie niczego innego w danym pomieszczeniu. Ważki, kalina, winogrono, kwiaty, kolory… to wszystko sprawia wrażenie przesady, ogromu, nawału, eklektyzmu. Z jednej strony stary kościelny witraż, z drugiej- ołowiana podstawa w wymyślne wzory. Z jednej strony zachowanie powagi, z drugiej- śmieszność. Poza tym lampa- jak sądzę- nie daje światła, a rozpyla je, nie spełnia więc podstawowej funkcji: oświetlania.

Przecież kamp nie świeci
Ta lampa, ta podróba lampy Tiffany’ego, wpisuje się doskonale w nurt zwany kampem. Po pierwsze łączy się z pewnym rodzajem estetyki, który znamy z wiejskich i miejskich domów nowobogackich, ma być stylowa. Po drugie jest dekoracyjna, przyozdobiona wszystkim, co tylko możliwe, przez co prawdopodobnie pozbawiona została pierwotnej funkcji oświetlania na rzecz „wyglądania”; nie jest lampą, lecz „lampą”: pełną przesady, trudną do zgrania z pozostałymi meblami, może nawet kapryśną „lampą”. W ten sposób przestaje być tylko produktem, a staje się czymś, co znaczy więcej (lub chce znaczyć). To przykład na kamp w czystej, naiwnej postaci, kamp stworzony z powagą, z chęcią udekorowania, uatrakcyjnienia i oświetlenia jakiejś przestrzeni, kamp udający sztukę, artyzm, ale przez przesadę, przerost formy nad walorami użytkowymi (treścią) wciąż tylko ją udający. Blask, teatralność, nadmiar, stylowość, niezwykłość, niecodzienna forma wraz z wymienionymi wcześniej elementami decydują o zaliczeniu tej lampy do kampu.

Lampa na granicy
Znaleziona przeze mnie lampa jest manifestacją tego, co w kulturze popularne, nawiązaniem do znacznie droższego oryginału. Oryginalne lampy Tiffany posiadały wszystkie cechy, które kazały uznać je za kicz, były jednak tworzone z pasją, chciały być formą sztuki. Czy ta lampa chce być sztuką? Na fotografii widać, że stoi na starym, stylowym biurku, co może sugerować, że jest przeznaczona dla „ludzi z gustem”, posiadających już coś, co jest antykiem lub go przypomina. To z kolei pozwala wysnuć inny wniosek: odbiorca, zdefiniowany przez aktualnego właściciela lampy, może albo reinterpretować znaczenie kiczu i uwielbiać go, albo po prostu kupić tą lampę, bez wiedzy o tym, że jest kiczem, że jest produktem kultury popularnej. Sam fakt „stylizacji na Tiffany”, na coś starego, dawnego, znanego pozwala na umieszczenie tej lampy nie tylko pod nazwą „kamp”, lecz też pod nazwą „kicz”. W zależności od przyjętego kierunku myślenia „lampa” jest bardziej kampem lub bardziej kiczem, jest na granicy tych dwóch estetyk.

Tekst, z którego korzystałam:

S. Sontag, Notes on ‚camp’, za: http://www.math.utah.edu/~lars/Sontag::Notes%20on%20camp.pdf, data dostępu: 16.05.2013.

KOTEK, KOTEK ZWIERZ OKRUTNY

Studia kulturowe, zwłaszcza te rozwijane na Zachodzie, wykształciły tradycję badań nad zwierzętami, tradycję zwaną animal studies. W Polsce zainteresowanie tego typu problemami stanowi obszar marginalny. Gdy polski socjolog słyszy: „studia nad zwierzętami”, myśli: „Konecki” i często jest to jedyne nazwisko kojarzone z badaniem relacji między ludźmi i zwierzętami. Niektórzy twierdzą, że pora to zmienić (np. Bakke), inni nie odczuwają potrzeby aktywizowania takiego nurtu w Polsce.

Nie zamierzam w tym krótkim poście streszczać tego, co napisali naukowcy; zamierzam za to przyjrzeć się bliżej kotom w sieci, kotom wirtualnym, kotom popularnym. Kot domowy jest wszechobecny w Internecie, co więcej cieszy się wysoką oglądalnością (ponad 8 milionów wyświetleń robi wrażenie!). Co takiego jest w kotach?

 

Postawiłam sobie to pytanie i odpowiedź nasunęła się niemal od razu: kotki są kochane, urocze, przypominają pluszowe, nakręcane zabawki, zachowują się w sposób irracjonalny i z punktu widzenia ludzi zabawny. Banalne? I tak i nie. Ten krótki film pokazuje koty w śmiesznych sytuacjach, stanowi połączenie kilku innych filmów, można powiedzieć, że wybrano w nim to, co w innych filmikach najlepsze. Kot jest przedmiotem. Zabawką. Ma sprawiać radość ludziom. Kot występuje masowo, z innymi; kot jest tak naprawdę kotami, czyli zbiorem przedmiotów, które w gruncie rzeczy są takie same. Kot jest wyzuty z tożsamości, indywidualności, jest śmieszny, pokazany ludziom i dla ludzi.

Szowinizm gatunkowy? Czy tak można nazwać sposób prezentowania kota? Kot stał się symbolem, znakiem funkcjonującym w przestrzeni wirtualnej w oderwaniu od swej podmiotowości. Kot nie ma swojej własnej tożsamości, reprezentacja kota w Internecie służy zaspokojeniu potrzeb ludzi, nie innych kotów, nie pokazywanego kota. W filmie uderza gruntowny brak poszanowania dla kociego życia: zwierzęta pokazywane są w sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych, wypadkowych (kotka w ubraniu stosowanym po zabiegu sterylizacji spadająca podczas skoku na kanapę), w sytuacjach strachu (kot wpadający do wanny wypełnionej wodą, kot pokłuty przez kolce kaktusa), poczucia zagrożenia (kot bojący się swojego odbicia w lustrze). To klasyczny przykład opowieści o zwierzętach, której zadaniem jest ukazanie czegoś/kogoś bardziej nieporadnego, głupszego, gorszego od człowieka. Po przyjęciu perspektywy proponowanej przez wykluwający się na gruncie teoretycznym zwrot zwierzęcy można powiedzieć, że takie działania są formą represji o podłożu gatunkowym, dominacji wynikającej ze wszechobecnego, akceptowanego i oczywistego dla większości antropocentryzmu.

Animal studies zachęcają do wykorzystywania krytycznej postawy wobec antropocentryzmu, do refleksji nad przeważającą rolą człowieka i uzurpowanemu prawu do podkreślania moralnej lub gatunkowej wyższości ludzi nad zwierzętami. Koty ukazane w filmie są podporządkowane człowiekowi i to na dwóch poziomach. Po pierwsze są to koty domowe, udomowione, czyjeś. Stanowią własność człowieka. Korzystają z tego, co człowiek posiada (wanna, komoda, żyrandol, blat kuchenny, plastikowa miska, lustro) i im udostępnia; są substancjalnie zależne od właściciela. Po drugie stanowią bezosobową reprezentację stereotypowych cech kotów (strach przed wodą, indywidualizm, upór, śmieszność), która została stworzona przez ludzi i dla ludzi, ku ich uciesze.
Oczywiście nie jest to jedyny sposób pokazywania kotów w Internecie. Uważam jednak, że film jest podobny do wielu innych, że stanowi ich część. Oglądanie śmiesznych kotów z youtube stało się rozrywką internautów, za czym prawdopodobnie stoją przekonania, że „to tylko kot”, „to tylko zwierzę”, „to zabawne”. Jednak wystarczy krótka refleksja, by odkryć, że filmy tego typu pokazują nie tylko to, co śmieszne, lecz także formy przemocy wobec kotów, często przemocy fizycznej (osoba podrzucająca kota do góry, by ten uczepił się belki sufitowej prawdopodobnie nie powtórzyłaby tej „sztuczki” w przypadku psa, w obawie o jego zdrowie/ życie , nie wspominając już o dziecku; osoba podstawiająca kotu inne zwierzę, by ten dotykał je łapkami prawdopodobnie obawiałaby się, że coś/ktoś niebędący zwierzęciem zostałby podrapany; kot w ciasnym pojemniku po zabawkach mógł się udusić, o czym nie pomyślał właściciel). Nie chodzi tutaj wyłącznie o przemoc, lecz także o to, jak jest ona społecznie legitymizowana, choćby na poziomie języka (rzeczownikowi „zwierzę” odpowiada forma „coś”). Trzeba też zauważyć, że stosunek ludzi do zwierząt domowych jest pełen sprzeczności: z jednej strony „humanizujemy” koty (nadajemy im cechy ludzkie, mówimy do nich, troszczymy się jak o dzieci), z drugiej „zezwierzęcamy”, uprzedmiatawiamy (kot jako ozdoba domu, pluszak dla dziecka).

Teksty, z których korzystałam:
M. Bakke, Studia nad zwierzętami: od aktywizmu do akademii i z powrotem, za: http://ebookbrowse.com/bakke-studia-nad-zwierzetami-pdf-d429060660, data dostępu: 07.05.2013r.
K. Konecki, Ludzie i ich zwierzęta. Interakcjonistyczno- symboliczna analiza społecznego świata właścicieli zwierząt domowych,Warszawa 2005.

KAPTUREK W REMIKSIE

Wiek XVII. Charles Perrault pisze „Czerwonego Kapturka”.

Rok 2011. Catherine Hardwicke reżyseruje „Dziewczynę w czerwonej pelerynie”.

Pewnego razu, w nieodległej krainie, wcale nie tak dawno temu odkryłam, że studia kulturowe mogą mówić o baśniach, bajkach i bajeczkach i to z wielu perspektyw. Wtedy też postanowiłam ponownie przeczytać „Czerwonego Kapturka”:

„Była sobie kiedyś mała, prześliczna dziewczynka. Jej buzia była tak słodka i radosna, że każdy, kto tylko raz na nią spojrzał, od razu musiał ją pokochać. Dziewczynka wraz z rodzicami mieszkała nieopodal lasu. Często odwiedzała babcię, która gotowa była jej przychylić nieba. Babcia mieszkała w niewielkim domku otoczonym przez zielony las. Pewnego dnia jej wnuczka otrzymała od niej prezent- czerwony aksamitny kapturek, który dziewczynka polubiła tak bardzo, że za nic nie chciała się z nim rozstawać i wszędzie nosiła go na swojej cudnej główce! Przez to zaczęto ją nazywać ,,Czerwonym Kapturkiem”.
Jednego razu mama zawołała Czerwonego Kapturka oraz wręczyła mu wiklinowy koszyk przykryty serwetką, do którego schowała ciasto i butelkę wina, mówiąc:
– Córeczko, zanieś to babuni, żeby nabrała sił. Od jakiegoś czasu leży biedna chora w łóżku. Na pewno ucieszy się, kiedy ją odwiedzisz. Pamiętaj tylko, byś pod żadnym pozorem nie zbaczała ze ścieżki, którą znasz i wiesz, że prowadzi prosto do domku babci. Jeśli kogoś spotkasz, nie rozmawiaj z nim. Gdy już tam będziesz, przywitaj się ładnie z babunią i bądź grzeczna. (…)
Czerwony Kapturek kiwał jasną główką, ale gdy tylko wszedł do lasu, zapomniał o przykazaniach mamy. Ujrzawszy przepiękne kwiaty nieopodal ścieżki, dziewczynka postanowiła nazbierać trochę dla babci. Gdy związywała kolorowy bukiecik, nagle obok niej pojawił się bury, kudłaty wilk i przemówił ludzkim głosem:
– Dzień dobry, śliczna dziewczynko!
– Dzień dobry! – odpowiedział grzecznie Czerwony Kapturek.
– A co tam masz w koszyczku?- zapytał wilk.
– Koszyk z ciastem i winem dla mojej chorej babci. Idę do niej, by sprawić jej radość i pomóc w odzyskaniu sił.
Chytry wilk pomyślał sobie: Ta mała wygląda bardzo smakowicie, na pewno będzie lepsza niż stara babka, ale muszę coś wymyślić, by połknąć obie. Zapytam dziewczynkę o drogę do babci, ubiegnę, a gdy dojdzie do domu babci, już będę tam na nią czekał!. Tak też postanowił uczynić:
– A gdzie mieszka twoja babcia, dziewczynko?
Czerwony Kapturek odrzekł bez wahania:
– To niedaleko! Na końcu tej ścieżki rosną trzy ogromne dęby, oplecione przez krzaki leszczyny. Za tymi zaroślami zobaczysz niewielki biały domek. Bardzo łatwo do niego trafić. Tam mieszka moja babcia.
Wilk wykorzystał chwilę nieuwagi Czerwonego Kapturka i czmychnął ścieżką w kierunku domku babci. Dziewczynka, gdy uznała, że bukiet jest już wystarczająco piękny i pachnący, by ucieszył chorą babunię, także ruszyła przed siebie.
Przez ten czas, wilk, który był duży i szybki, dobiegł do domku babci. Zapukał do drzwi, więc babcia zawołała:
– Kto tam?
– To ja, Czerwony Kapturek, babuniu!- odpowiedział wilk cienkim głosem – Przyniosłam ci ciasto i wino, byś odzyskała siły!
– Wejdź, kochana wnusiu!- odparła babcia.
Usłyszawszy to, wilk wszedł do środka i połknął babcię w całości. Gdy Czerwony Kapturek dotarł na miejsce, zastał wilka przebranego w babciny czepek i koszulę nocną, leżącego w łóżku i przykrytego kołdrą. Widok ten zdziwił dziewczynkę, jednak nie podejrzewała ona jeszcze nic złego.
– Babciu!- zawołała – Dlaczego ty masz takie wielkie uszy?
– Żebym cię mogła lepiej słyszeć, kochanie.
– A dlaczego masz takie ogromne oczy?
– Żebym mogła lepiej widzieć, jaka jesteś śliczna.
– A takie duże ręce?
– Żebym cię mogła przytulić!
– A takie groźne zęby?
– Żebym cię mogła zjeść!
Gdy tylko wilk to powiedział, pożarł Czerwonego Kapturka! Jednak obfity posiłek sprawił, że poczuł senność i już niebawem w domku rozległo się jego głośne chrapanie. Okno w pokoju było uchylone, więc te straszliwe odgłosy słychać było wokół domku. Przechodzący nieopodal myśliwy pomyślał:
– Ale głośno chrapie dzisiaj ta staruszka. Wejdę i zobaczę, czy wszystko u niej w porządku.
Gdy zajrzał do domku, zobaczył śpiącego wilka i pomyślał: Tu jesteś, zbóju! Szukam cię od dawna, ale teraz już mi nie umkniesz! I już, już chciał strzelić do wilka, kiedy przyszło mu do głowy, że może jeszcze uda się uratować połkniętą babcię. Wziął zatem nożyczki i rozciął wilkowi brzuch. W tym momencie wyskoczyła z niego babcia, a zaraz potem Czerwony Kapturek! Myśliwy szybko przyniósł sprzed domku worek kamieni i zaszył go w brzuchu wilka. Wtedy zwierzę zbudziło się ze snu i odkrywszy, co się stało, chciało uciec, niestety kamienie były zbyt ciężkie i sprawiły, że wilk padł martwy na ziemię.
Myśliwy, babcia i Czerwony Kapturek cieszyli się, że wszystko skończyło się dla nich dobrze. Dziewczynka postanowiła, że już nigdy nie zrobi wbrew woli swojej mamusi i tak też się stało[1].”

Bajki z tv

Chwilę później grzecznie skończyłam czytać i postanowiłam sprawdzić, czy Czerwony Kapturek doczekał się sfilmowania, szukałam wersji jak najmłodszej, jak najbardziej świeżej. Oglądałam przez chwilę to:

Od 3:00 min. bajka się kończy. Przynajmniej dla mnie. „Zaraz pomogę ci się zatkać”, mówi Wilk do zbyt głośno stukającego „stukacza”, „weź się zamknij”, ponagla dzięcioła. O Czerwonym Kapturku Wilk mówi: „musi mieć delikatne mięsko, na samą myśl leci ślinka”, po czym następuje zbliżenie na spódniczkę Kapturka idącego przed Wilkiem. Gdy po raz n-ty Wilk nie potrafi upolować „mięsnego” Czerwonego Kapturka rzecze: „dosyć tego rżnięcia głupa”. Bohaterowie baśni bardzo się zmienili: poza tym, że Wilk posługuje się w pewnych momentach językiem wybitnie potocznym („niepedagogicznym”), wszyscy schudli, przy czym największą utratą wagi może pochwalić się Babcia.

Zmiany w ilustrowaniu bohaterów baśni są niejako konsekwencją powstawania nowych technologii, a ogranicza je tylko wyobraźnia twórców. Naukowe analizy tego typu przemian postaci dotyczą np. Myszki Miki (C. Finch). Moim bohaterem jest jednak Czerwony Kapturek, dlatego też zainteresowało mnie, jak jest on reprezentowany w innym kontekście. Zaczynamy podróż!

Gry komputerowe

Jak łatwo się domyślić gra Czerwony Kapturek przeznaczona jest głównie dla dziewcząt. Rekonceptualizuje ona wizję Kapturka, czyni go kobietą, podobną do Barbie. Postać z gry ma mocny makijaż i trzepocze sztucznie długimi rzęsami. Proponowane stroje są błyszczące, składają się z krótkich spódniczek i butów wyłącznie na wysokim obcasie. Bajkowy wizerunek został tu zupełnie zatarty, jest za to obraz kobiety o idealnych proporcjach, kobiety roznegliżowanej, kobiety seksownej (na powiększeniu zobaczyć można nawet powiększone źrenice!), której de facto nie chciałoby się ubierać.

Źródło: http://www.girlsgogames.pl/gra/czerwony_kapturek.html, data dostępu: 22.04.2013.

Źródło: http://www.girlsgogames.pl/gra/czerwony_kapturek.html, data dostępu: 22.04.2013.

Źródło: http://www.girlsgogames.pl/gra/czerwony_kapturek.html, data dostępu: 22.04.2013.

Źródło: http://www.girlsgogames.pl/gra/czerwony_kapturek.html, data dostępu: 22.04.2013.

Czy Czerwonego Kapturka można też zatem rozebrać? Czerwony Kapturek w sieci nie tylko się rozbiera, ale też uprawia seks. Wszystko to znaleźć można w grach online dla dorosłych.

Reklamy

Czerwony Kapturek jest niezwykle popularny, dlatego też sceny z tej bajki wykorzystywane są w reklamach. Kapturek biegnie przez las, śpiewa i… natrafia na pułapkę, wszystko dlatego, że jedna z telefonii komórkowych „nie umie opowiadać bajek”. W reklamach nasz bohater nie zawsze jest taki, jak we wspomnianych wcześniej grach. Bywa też całkiem sympatyczny, zupełnie bajkowy i niezdarny, przy czym bardziej przypomina Babę Jagę, niż urocze dziecko.

Kapturek podąża też za wilkiem. Jest mroczno, ciemno, niebezpiecznie, ale Kapturek idzie, bo kieruje nim ciekawość. Nagle ktoś otwiera piwo i okazuje się, że Kapturek trafił na fajną imprezę. Ciekawy Kapturek jest kobietą lubiącą niskoprocentowe alkohole, przystojnych mężczyzn i prowadzącą barwne życie towarzyskie.

http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ciekawosc-czerwonego-kapturka-w-nowej-reklamie-redd-s-wideo

Nasz bohater często nie słucha mamy… W 2009 r. pewna firma wykorzystała „podrasowanego” Kapturka do promowania swojego produktu (gry komputerowej). Za postaci z baśni przebrały się gwiazdy „różowego kina”.

Tylko kolor został

W 2011 roku Czerwony Kapturek został gwiazdą kina, stał się Dziewczyną w czerwonej pelerynie. Mroczną, niebezpieczną, wciąż zaskakiwaną przez nowe wydarzenia, w dodatku podejrzewaną o deal z groźnym wilkołakiem.

Z pewnością można znaleźć jeszcze więcej przykładów takich lub innych zmian Czerwonego Kapturka. „Stary” Kapturek został na swój sposób zdemokratyzowany, zmiksowany z wieloma innymi wytworami: dojrzał, dlatego też mógł stać się kobietą (która nie wyrosła z nieposłuszeństwa i nadal jest niegrzeczna); mógł stanąć na pułapce i skaleczyć nogę (dzięki czemu został włączony w promocję operatora sieci telefonii komórkowej); mógł iść za wilkiem (tak naprawdę za psem haskim) i trafić na bal (jak Kopciuszek- nieomal przez przypadek), gdzie mógł się dobrze bawić dzięki piciu piwa; wreszcie mógł zostać połączony z motywem wilkołaka (całkiem ciekawe: czerwona peleryna i wilkołak żywiący się krwią) i przemienić się w złego Kapturka (jak twierdzi Hardwicke Kapturek stał się zły na powrót, bo współcześnie znamy bardziej łagodną wersję bajki, ze szczęśliwym zakończeniem). Dzięki takim przeobrażeniom możemy zobaczyć, że Czerwony Kapturek przestał być już tylko bajką, stał się ideą, którą można dowolnie łączyć, kleić, dzielić, szatkować, dodawać, ujmować. Można cokolwiek. Można tworzyć kapturków tysiące, w imię nowej jakości, w imię remiksu i w imię kultury remiksu L. Lessiga.


[1] http://basn.pl/bajki/czerwony-kapturek/, data dostępu: 22.04.2013.

HELLO DEMON

Artykuły prasowe/ internetowe są niekończącym się źródłem inspiracji do poszukiwań tematów na tego bloga. Dzisiejsza opowieść będzie o:

Krótka informacja zamieszczona na fronda.pl: „(…) Ks. Popielnicki poruszył (…) kwestię popularnej wśród małych dziewczynek zabawki Hello Kitty. – Hello Kitty zabawka i postać z bajki demoniczna. Na pierwszy rzut oka – sympatyczny kotek. Twórca tej postaci miał syna czy córkę… Dziecko było bardzo chore na nowotwór jamy ustnej. Poprosił jakiegoś demona o uzdrowienie. Dlatego kotek nie ma ust – mówił”[1] zmusiła mnie do poszukiwań nowych informacji na temat (z pozoru) niewinnego kotka.

Zostawmy demony, przejdźmy do codzienności

            Hello Kitty jest już obecne na każdym produkcie: nie dziwiły mnie nigdy plecaki dla dziewczynek, piórniki, zeszyty, bluzeczki, rajstopy, jakiś rok temu zdziwiły mnie ujrzane w sklepie podpaski, dziś dziwił mnie ząb i masażer ramion, do złudzenia przypominający… wibrator.

Historia z wielu perspektyw

            Najbardziej niespójnym elementem dotyczącym Hello Kitty jest jej historia. W Japonii, w Londynie, w 1974, w 1976, pomysł kobiety, pomysł mężczyzny, pomysł okultystów… W związku z tą rozbieżnością, postanowiłam uwierzyć Yu-Fen Ko[2]. Kitty pochodzi z Japonii, został wyprodukowany w latach 70-tych XX w., w latach 90-tych nastąpiła „ekspansja” na rynek, dokładnie nie wiadomo, jakiej jest płci, ale przynosi duże zyski każdemu, kto wyprodukuje cokolwiek z jej/jego wizerunkiem, ludzie szaleją na punkcie Hello Kitty, badacze oszaleli w momencie, gdy konsumenci oszaleli na punkcie zestawów z HK w McDonaldzie. Wtedy też rozpoczęła się krytyka „Hello Kitty Mania”, z wykorzystaniem idei globalizacji, konsumpcji i tożsamości kulturowej.

Dlaczego Hello Kitty jest ważne dla studiów kulturowych?

            Hello Kitty to nie tylko zabawka, lecz również swoisty symbol. Przedostał się ze świata dziecięcego do świata dorosłych niejako naturalnie, za pośrednictwem kultury masowej.

Yu-Fen Ko pisze o Hello Kitty w kontekście kryzysu tożsamości kulturowej w Tajwanie. Przez (dzięki) Hello Kitty mówi się o zagrożeniu kultury Tajwanu przez japoński imperializm i jednocześnie o kolonizacji Tajwanu przez Japonię. Ostatecznie jednak wskazuje, że ani fani, ani krytycy nie są marginalizowani, lecz koegzystują w jednej przestrzeni, czasem się pokłócą, jednak tak naprawdę trudno jednoznacznie uznać kota za czynnik niszczący tożsamość narodową lub kolonizujący społeczeństwo.

Hello Kitty staje się ilustracją irracjonalności konsumentów, ich „fałszywej świadomości”, szalonej mody, fascynacji; najczęściej zaś pisze się o tym, ile dzięki tej postaci zarobiła firma Sanrio (powstała nawet książka K. Belson i B. Bremner „Hello Kitty: The Remarkable Story of Sanrio and the Billion Dollar Feline Phenomenon”). W 2011 roku Newsweek podał, że biała kotka zarabia więcej, niż Madonna, U2 i Angelina Jolie razem wzięci[3]. Studia kulturowe, szczególnie te w Wielkiej Brytanii, oddzielają jednak ekonomię i kulturę, uważają je za autonomiczne; studia kulturowe kładą nacisk na społeczne oraz polityczne interesy, które przenoszone są w obszar kultury i powodują „walkę”.

Najwięcej kontrowersji i problemów budzi brak jednoznacznego wyrazu twarzy i trudności w zidentyfikowaniu płci Hello Kitty. Brak ust, kropka zamiast ust pozwala naukowcom na szeroką interpretację. Kropka staje się reprezentacją utraty świadomości i tożsamości narodowej, staje się „zasznurowanymi ustami” kobiet, staje się zalążkiem feminizmu, staje się podstawą do sugerowania zjawiska infantylizacji dorosłych. Brak ust bywa też podstawą konfliktu między krytykami Hello Kitty a jej fanami- fani nie uważają się za dziecinnych, niedojrzałych, oddanych konsumpcji masowej i mających „problemy z gender”.

Produkt ten oscyluje między „słodyczą” (cuteness), która nieodłącznie związana jest z dziewczęcością; tym, co modne (cool) i szczególnie pożądane przez nastolatki oraz tym, co ekstrawaganckie, na granicy kiczu (camp) dla kobiet dojrzałych. B. J. McVeigh pisze, że Hello Kitty jest wpasowane w rozwój człowieka, jest czymś, co towarzyszy mu w procesie dojrzewania i rozwoju, co jest próbą stworzenia łącznika z przeszłością: dlatego ten sam towar kupują osoby w różnym wieku, o różnych pragnieniach, potrzebach, zachciankach i stylach („same commodity, same individual, different ages/tastes/styles/desires”)[4].

Hello Kitty to nie tylko symbol. Może zostać uznane za „znak” w Baudrillard-owskiej koncepcji znaczeń, jakie niesie. Wystarczy wspomnieć o tym, że nie istnieje jedno Hello Kitty, lecz wiele różnych kocich wcieleń (m.in. demoniczne, emo, które można zaliczyć do ruchu „antycuteness”), wiele różnych produktów (od dóbr luksusowych, jak samochody, aż po papier toaletowy). Z perspektywy studiów kulturowych nie sposób określić, czy znaczenia, jakie niesie Hello Kitty są szkodliwe, złe lub pożyteczne, dobre. Należy jednak powiedzieć, że wizerunek i społeczna reprodukcja kotka stała się podstawą „wojny” między elitą a kulturą popularną.

Demon w studiach kulturowych

            Dzięki temu, że Hello Kitty zostało uznane za symbol okultystyczny powstała też nowa „gałąź” interpretacyjna i kolejny spór o dominację i ustalanie definicji. Miejska legenda/prawda (?) przyczyni się (lub już się przyczyniła) do analiz, które zapewne poruszą (poruszają) wątek powiązań między ustalaniem hierarchii ważności przez religię, kulturę i społeczeństwo. Kto wygra? Czy ktoś wygrał z indywidualną, subiektywną fascynacją?

Źrodło: http://www.needlework.ru/shop/UID_752.html, data dostępu: 15.04.2013.

Źrodło: http://www.needlework.ru/shop/UID_752.html, data dostępu: 15.04.2013.

Tutaj można obejrzeć inne produkty Hello Kitty (i poczytać komentarze): http://www.kittyhell.com/

Z kolei tu J. Noch pisze o Hello Kitty i egzorcystach, z trochę innej perspektywy: http://natemat.pl/58017,hello-kitty-to-demon-czyli-jak-nowoczesni-egzorcysci-zbytnio-zaufali-internetowi


[2] Yu-Fen Ko, Consuming Differences:’Hello Kitty’ and the Identity Crisis in Taiwan, za: http://nccuir.lib.nccu.edu.tw/bitstream/140.119/29249/1/jour_001.pdf, data dostępu: 15.04.2013.

[4] B. J. McVeigh , How Hello Kitty Commodifies the Cute, Cool and Camp, za: https://webspace.yale.edu/anth254/restricted/J-Material-Culture_2000_5-2_McVeigh_Large.pdf, data dostępu: 15.04.2013.